wtorek, 5 maja 2015

Na słowo wodza: krzycz! Relacja z koncertu 30 Seconds To Mars

muzyka.interia.pl 

Krzysztof Nowak

W czasach, gdy setlisty pojawiają się w sieci chwilę po zakończeniu danego koncertu, zorientowanego słuchacza naprawdę ciężko zaskoczyć. Zespołowi 30 Seconds To Mars się to nie udało, ale tylko na płaszczyźnie doboru utworów – cała reszta stała na światowym poziomie, tworząc tym samym wydarzenie przez duże „W”.

Starsi fani mogli czuć się nieswojo w Ergo Arenie, widząc rzesze rozemocjonowanych nastolatek, które już od godziny 12 czatowały przy wejściu do obiektu. Członkinie fanklubu Echelon, nastolatki zafascynowane wyglądem Jareda Leto, wreszcie muzyczni, małoletni gapie, którzy dopiero kształtują swój gust i muszą podróżować na koncerty z rodzicami. 30 Seconds To Mars stało się czymś więcej niż tylko zespołem, który zapełnia sale koncertowe jak świat długi i szeroki. To marka, do której ciągnie coraz młodsze pokolenie, sukcesywnie wypierające entuzjastów starszych albumów. Stosunkowo niska średnia wiekowa nadmorskiego eventu nie wpłynęła na jego jakość. Powiem więcej: nawet jeśli kogoś nie interesuje muzyka amerykańskiej grupy, i tak trzeba było przyklasnąć na finiszu.

Ochroniarze mieli zgryz. Odgórny przykaz był taki: wpuszczać od 18:30, bez żadnych wyjątków. Tłum napierał jednak tak mocno, że porządkowi ugięli się i co kilkanaście sekund dwie-trzy osoby wchodziły do hali. A nie, "wchodziły" to jednak złe słowo. Wbiegały! To będzie odpowiedniejsze, nieważne bowiem, czy w grę wchodziły wysokie obcasy, czy też płaskie obuwie - prędkość rozwijana na tych kilku metrach była porażająca. Patrząc na ilość osób na supporcie (Glassesboys), nie chodziło raczej o jak najszybsze sprawdzenie umiejętności DJ'skich Polaków znanych m.in. z nagrania ze Snoop Doggiem. Szkoda, że połowa publiki odpuściła sobie ten krótki, ale treściwy punkt programu. Granie własnych produkcji zostało ograniczone niemal do zera, zaś z głośników popłynęły klubowe remixy znanych hitów - i tych radiowych, i znanych fanom poszczególnych gatunków. Największy hałas wywołało zagranie kawałka "Do I Wanna Know?" Arctic Monkeys. Tak więc 30-minutowy set spełnił swoje zadanie. Apetyt na danie główne został zaostrzony.

Pół sekundy na scenie wystarczyło, by publiczność zawrzała. Swoją chwilę dostali dźwiękowcy i stroiciele instrumentów, mylnie brani za gwiazdy. Trudno opisać to, co stało się chwilę po tym, gdy wybrzmiały pierwsze dźwięki pieśni "Carmina Burana", rozpoczynającej koncert. Flagi z charakterystycznym znakiem Marsów jawił się jako bitewne chorągwie, a skąpana w czerwieni postać Jareda stojąca ponad wszystkimi mogła zostać mylnie wzięta za wodza, który stojąc nieruchomo, z szeroko rozłożonymi rękami akumuluje energię. Przyrównanie do wojenki nie jest tylko zabiegiem stylistycznym - tysiące oczu wbite w laureata Oscara błyszczały oddaniem i pełnym posłuszeństwem, które zresztą zostało później potwierdzone. Leto nie tylko wyśpiewywał swoje partie, lecz także dyrygował, mając pod batutą swoich fanów. Ciekawostką jest jednak fakt, iż każde działanie sceniczne było przemyślane i cechowało się umiarem. Zabrakło opowiadania głodnych kawałków przed każdym utworem, popisów solowych czy przerysowanej choreografii.

Słowem: profesjonalizm. Myli się jednak ten, kto myśli, że 30STM wpadło tylko odbębnić swoje i odjechać w siną dal. Za końcową część tego spektaklu powinno dostać wyższą stawkę koncertową i mówię to jako osoba, która nie jest zdeklarowanym fanem dokonań Amerykanów. Gdy po chwilowej ciemności na nowo zajaśniały reflektory, zgromadzonym pokazał się Jared Leto, stojący w polu dla realizatorów wydarzenia. Uzbrojony w gitarę, zaczął w pojedynkę odgrywać fragmenty akustycznych interpretacji swoich starszych kawałków i nawiązywać kontakt ze swoimi odbiorcami. Na płycie głównej zapanował chaos, który tylko pozornie skończył się wraz z powrotem na scenę. Gwoździem programu było wybranie jednej osoby w konkursie polegającym na wpisaniu swojego numeru telefonu na stronie zespołu i oczekiwaniu na połączenie od frontmana. Co bardziej kreatywni próbowali kantować, ale po kilku minutach przyszło rozwiązanie. "Jenny", jak sama się przedstawiła, stanęła ramię w ramię z ulubionym składem i dostała szansę akompaniować mu w czasie ostatniego utworu. Jednak nie tylko ona - wraz z J.L. zapraszali do zabawy kolejnych ludzi, tworząc z każdą chwilą coraz barwniejszy korowód na wyjątkowo pojemnym podeście. I kiedy już ostatnie instrumenty dogasały w uszach, a żądne wrażeń trybuny intonowały wybijane z precyzją słówko "bis", wszystko nagle ustało. Nawoływania, prośby i groźby nic nie dały.

Paradoksalnie, to właśnie takie niejednoznaczne sytuacje wzbudzają szacunek u tych, którym niekoniecznie po drodze z danymi artystami. Skromność sceniczna i wyważenie po raz kolejny dały o sobie znać. Pod płaszczykiem wymuskanej estetyki (baloniki z wypisanymi pozdrowieniami, konfetti, czapka kozła skrywająca zielone włosy) kryje się świadomy swoich zalet zespół, który  potrafi pozytywnie zaskoczyć nawet tych spoza grona wyznawców. I chociaż słowa lidera o tym, że jest to najlepszy koncert Marsów w ostatnim czasie są zapewne puszczaniem oka do słuchaczy, chcę je kupić, bo mnie do nich przekonano. Niech trwa romantyzm.

Tekst oryginalny i komentarze do niego ---> KLIK

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na tym blogu