niedziela, 25 września 2011

Wywiad 2007: Taste Of Chaos

Wzburzenie, edukacja, filozofia


Kogo awansujesz w tym roku?
JL: Kevin Lyman (agent rezerwacji), Darryl Eaton. Będą częścią wspólnej rodziny i częścią przedłużenia tej społeczności. Myślimy, że to naprawdę dobra sposobność, by być częścią takiego niewiarygodnego wydarzenia, być razem i czerpać z tego radość.

Rozumie się samo przez się, że 30 Seconds To Mars miało wiele okazji do występów w tych samych ramach czasowych?
JL: Na pewno. Dlatego to był naprawdę pasjonujący i intensywny wybór dla nas. Słyszeliśmy o Taste Of Chaos. Byłem na jednym tego typu widowisku w Winnipeg. Koncertowaliśmy przez większość 2006 roku i pomyśleliśmy, że tego typu wydarzenie będzie odpowiednim dla nas. Będziemy mogli dzielić to doświadczenie z wszystkimi innymi niesamowitymi zespołami. W naszym zespole wszyscy się kochamy, jesteśmy przyjaciółmi jak również dobrymi towarzyszami. Myśl o robieniu czegoś z przyjaciółmi i sprzymierzeńcami daje perspektywę odbywania tour z przyjemnością, a nie odgrywania pewnego rodzaju umowy.

Jak tłumaczysz całe ustawienie festiwalu/typy występów?
JL: Kiedy na rynku pojawiła się nasza pierwsza płyta, otworzyliśmy się na tego typu przedsięwzięcia, dodaliśmy je do naszej trasy. To równało się co najmniej dwoma zespołami na rachunku, nigdy nie zapomnimy takich chwil. To zmusiło 30 Seconds To Mars do pracowania w tego typu środowisku, jak również sprawdzeniu się w bardzo małych miejscach. Dorastałem zachwycony i zainspirowany zespołami w moim otoczeniu. To były bandy lat 70. i 80. – wszystko, począwszy od Pink Floyd na Iron Maiden skończywszy. Pasjonowałem się tym, że mogę pojawić się na scenie w taki oto sposób. Pozwoliło mi to na poniesieniu się emocjom, a tym samym większy spektakl.

Wydaje się że The Used, Senses Fail i 30 Seconds To Mars, ma jakieś wsparcie ze strony radio i MTV, podczas gdy tradycyjnie grupy biorące udział w Taste Of Chaos – nie dostają dużo miłości od tych podmiotów. Jak bardzo pomaga to w osiągnięciu dużego formatu?
JL: Tak więc, spójrzmy na zespoły, które wzięły udział w Taste Of Chaos w przeszłości. The Deftones na pewno mieli wsparcie MTV i radia; My Chemical Romance wsparcie MTV. Nasze tour ma zamiar promować jedyne w swoim rodzaju i alternatywne doświadczenie. Interesującym do odnotowania jest fakt, że nawet zespoły, które dostały odrobinę wsparcia ze strony MTV, czy kanałów radiowych, wciąż są dla nich w kategorii zagadki. To nas trochę z nimi łączy, możemy grać razem ale możemy być też typowymi outsiderami.
Myślę, że publiczność lubi nas takimi jakimi jesteśmy. Osoba, która budzi się rano i decyduje się być częścią Taste Of Chaos ma poczucie przynależności, chce być wśród zespołów-zagadek. Wszyscy ludzie, którzy tutaj przychodzą, chcą dzielić to doświadczenie razem z nami i są częścią tej społeczności.


„Wierzę w to, że to tour zaoferuje naprawdę jedyne i unikatowe alternatywne doświadczenie, aby chcieć na nim być…” – Jared Leto







***Alternative Press TASTE OF CHAOS
***tłumaczenie: mary 

sobota, 24 września 2011

Wywiad 2007: Dobrze ro[c]kujący aktor

LA TIMES


Gwiazda rocka, to rola, którą on najbardziej się delektuje.

Sława Jareda Leto pojawiła się wraz z aktorstwem, ale Jared również ciężko pracuje, dlatego jego zespół 30 Seconds To Mars może zrobić sobie teraz dużą przerwę.

Jared Leto wydaje się być zrelaksowany. Ubrany na czarno, z pomalowanymi na biało pazurami i włosami do ramion, łatwo nawiązuje kontakt. Nawet gdy odbija się raz od poduszki, drugi raz od brzegu modnej kanapy w skąpo umeblowanym domu w Los Angeles, który pomimo, że należy do niego, nie spędza w nim dużo czasu.
„Jestem włóczęgą”, mówi rozglądając się po białych ścianach, niedawno malowanych, których świeżość zakłóca tylko odrobinę dzieł sztuki, leżących na podłodze.
Dosłownie tak. Ale pod względem kariery, pokazał że nie potrzebuje dużego poczucia nacisku. To nie jest tak, że jego zespół 30 Seconds To Mars osiągnął status złotej płyty, tylko ze sprzedaży więcej niż 500 000 kopii krążka „A Beautiful Lie”. To kolekcje intensywnych, udręczonych rachunków oszukiwania, to zakotwiczenie w radio tego lata, modnego rockowego przeboju ‘The Kill’ (nagroda jedna z wielu opierających się o ścianę, pośród posadzonego łagodnie posągu Buddhy).
To band, który ciągle istnieje, odnosi sukcesy wolno i w niestabilnym tempie. Przełom przyszedł rok po wydaniu debiutanckiego albumu „30 Seconds To Mars”.
Dla muzyków nastąpił wyjątkowo rzadki obrót kariery, oczywiście na plus. To niespotykane dla kogoś, kto zdobył sławę jako aktor, pojawiając się jako łamacz serc w serialu telewizyjnym lat 90. „Moje tak zwane życie”, a potem stał się frontmanem zespołu.
Później pojawił jako ciemny charakter w filmach, jak „Requiem dla snu” (2000), grając narkomana, czy w „Azylu” (2002).
Rygory i nagrody kariery filmowej są bardzo wysokie, by pozwolić sobie na pełny czas pracy z muzyką, robienie solidnej kariery w tym kierunku. Ale ponieważ 30 Sekund Jared założył wraz ze swoim bratem, perkusistą Shannonem, podpisał kontrakt z Virgin Records w 1998 roku, grupa Leto należała do nikogo, to był tylko ich priorytet.
Teraz ich dokonania mówią same za siebie.
„Byliśmy prostą kapelą przez trzy lata”, mówi muzyk-gitarzysta, który będzie obchodził 35 urodziny w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. „W tej chwili jesteśmy w trasie od półtora roku”.
Praca się opłaca i stosunkowo życie muzyków robi krok do przodu. Zespół wziął udział w festiwalu Bamboozie, sponsorowanego przez MTV2, które było też kluczowym podczas nagrywania „The Kill”.
A co z karierą filmową?
„Sięgam pamięcią wstecz do paru rzeczy i muszę powiedzieć, że nie mam niczego nie tak w moim umyśle”, przerywa. „Clint Eastwood chciał żebym zagrał w Sztandarze chwiały, rok temu i musiałem powiedzieć ‘Nie’, ponieważ mieliśmy zabukowane terminy otwierające naszą trasę. To nie był nawet główny etap gdzie zespół grałby jako suport, ale trzeci zespół na liście. Ludzie nie rozumieli, jak mogłem powiedzieć nie, do Clinta. Ale wydałem płytę i byłem jej oddany”. 
Ostatnia koncesja na film przyszła po 6 tygodniowej przerwie, dla roli Marka Davida Chapmana w „Rozdziale 27”. Dla tej roli przytył 30 kilogramów, pogłębiając kilka problemów zdrowotnych – wysoki cholesterol, podagra i niepokojąca arytmia.
(Wrócił do swojego giętkiego, własnego ja, ale jednak nie całkiem). Jared zajął się filmem, ale na wiosnę znowu uderzy w festiwale. Nie uważa ani bycie rockmanem ani gry w filmach za podstawę swojego zawodu. Jest osobą twórczą, jednego dnia tworzy muzykę, a innego dnia jego pracą jest film. Nigdy nie stawiał jednej z tych dwóch rzeczy nad.
Zaakceptował obie rodzaje twórczości i nie mógłby żyć bez jednej z nich.
„Nie myślałem o innych rywalach przed sobą i zespołem”, mówi. „Rozumiem i akceptuję odpowiedzialność, że wcześnie wyruszyliśmy w świat. Łamanie stereotypów jest czymś bardzo trudnym do robienia”.
Jared nie uważa, że jest coś szlacheckiego w pościgu za nim, otwierając wszystkie drzwi innym gwiazdorom filmowym. Właśnie przyprawił o dreszczyk emocji jego i pozostałych członków zespołu. Ciężka praca się opłaciła i dała im wolną drogę do legalności.
„To całkiem dziwaczne, że to w ogóle się wydarzyło”, mówi o swoim sukcesie. „Zawsze wierzyłem w powrót do pisania 13 minutowych progresywnych piosenek. Ale czasami czuję, że wciąż muszę przekonywać ludzi”.
W końcu, jednak widzie dobry sceptycyzm, dla zespołu i jego fanów, Echelonu.
„To czyni nas silniejszymi. Musiałem patrzeć przez negatywy, by zobaczyć pozytywy”.
Pomimo, iż Jared cieszy się z koczowniczego trybu życia, w drodze, myśl o posiadaniu domu na pół gwizdka, wygląda na głupi pomysł, ale jest w pełni wygodny i odrzuca inne opcje.
„Jestem w świetnym miejscu, o właściwym  czasie” , mówi.



***Wywiad dla LA TIMES
***tłumaczenie: mary

______________________________________________________________________

POPCORN: DOBRZE RO[C]KUJĄCY AKTOR

Skąd się wzięła muzyka w jego życiu? To proste - z cygańskiego stylu życia - śmieje się Jared Leto, który wraz z bratem wychowywany był przez samotną matkę. W trójkę przenosili się z miejsca na miejsce. Mieszkali w Ameryce Południowej, na Haiti i w komunie w Kolorado. W końcu osiedlili się w Virginii, gdzie Jared porzucił szkołę. Do dzisiaj nie mam stałego zameldowania - chwali się aktor i muzyk, który najczęściej "pomieszkuje" w Kapsztadzie w Republice Południowej Afryki. To właśnie tam powstała większość piosenek z najnowszego albumu "A Beautiful Lie" jego zespołu 30 Seconds To Mars, który kiedyś miał być rodzinną kapelą, dziś jest prawdziwą sensacją sezonu!

MUZYKA WAŻNIEJSZA OD OSCARA: Granie rocka to dla Jareda nie jakiś tam kaprys, tylko wielka pasja, dla której poświęcił kilka niezwykłych ról. Ostatnio jednak mocno przegiął, rezygnując z udziału w oscarowej superprodukcji "Sztandar chwały" - Kiedy przypominam sobie wszystkie rzeczy, z których zrezygnowałem, myślę, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zrobiłby tego, co ja! Clint Eastwood chciał mnie obsadzić w swoim nowym filmie, a ja mu odmówiłem, bo mój zespół miał poprzedzać grupę The Used podczas trasy koncertowej. A że nie byliśmy nawet głównym supportem, więc ludzie nie rozumieli, jak mogłem odmówić Clintowi. Ale właśnie wychodziła nasza nowa płyta i byłem nią bardzo zaabsorbowany - wspomina gwiazdor, który choć zadowolony jest z krążka "A Beautiful Lie", to prosi, by nie porównywać go do młodych wilków emo-punka w rodzaju Panic! At The Disco, Fall Out Boy, czy przede wszystkim My Chemical Romance. To fani zdecydują, czy fajnie gramy. Dobra muzyka obroni się sama - dodaje Leto.

SZCZERY DO BÓLU: Dziś kiedy piosenka "Attack" grana jest niemal we wszystkich stacjach, a strona internetowa 30 Seconds To Mars przeżywa prawdziwe oblężenie, Jared już ze spokojem może opowiadać o emocjach podczas pracy nad płytą. To bardzo intymne spojrzenie człowieka, który znalazł się na rozstaju dróg, stoi na krawędzi upadku i musi się zmienić, żeby przetrwać. Wreszcie "A Beautiful Lie" jest opowieścią o życiu, śmierci, bólu, radości i pasji. O tym, co oznacza bycie człowiekiem. Zmiana była istotnym motywem dla każdego z nas. Ten cykl, przez który człowiek przechodzi w życiu wielokrotnie - wyjaśnia lider 30STM. Jedyne, o czym Jared nie chce opowiadać, to poprzednia, debiutancka płyta. Choć jesteśmy dumni z naszych poprzednich nagrań, naprawdę chciałem zniszczyć pierwszą płytę stworzeniem drugiej. Ostatnia rzecz, jakiej pragnęliśmy, to nagrać dwa razy ten sam album" - ucina sprawę brat Jareda, Shannon, grający w bandzie na perkusji. 

MUZYKA - MOJA DRUGA MIŁOŚĆ: Najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że ja tak naprawdę nie muszę grać rocka, bo mam aktorstwo. I jestem szczęśliwy. Dlatego - choć kocham muzykę - to traktuję ją jako hobby. Wielką, ale jednak drugą miłość - wyjaśnia aktor, który stworzył wielkie kreacje, choćby w "Requiem dla snu". Ale z drugiej strony, kiedy już łapię za gitarę, lub siadam do pianina, to daję z siebie wszystko - mówi Leto. Zawsze inspirowały mnie zespoły, które potrafią wyrazić różnorodne emocje i malować dźwiękiem wyraziste obrazy, np. U2, The Cure, Led Zeppelin czy Pink Floyd - dodaje. Ale pragniemy też być tak nowocześni, jak tylko się da. Staramy się zrobić coś nowego, patrzeć w przyszłość, a nie za siebie, uwolnić się od cienia naszych fascynacji i wyrobić sobie renomę posługując się własnym, oryginalnym brzmieniem - cierpliwie tłumaczy zawartość albumu jego twórca. Od niepokojącej klimatem piosenki tytułowej, poprzez pulsujący rytm "The Fantasy" i refleksyjny, akustycznie gitarowy "A Modern Myth", po melancholijną melodię "The Story" - ta płyta świetnie brzmi! I mówcie, co chcecie - daje naprawdę mocnego kopa, energię do życia w tym zwariowanym świecie!




Wywiad 2007: Spotkać Jareda Leto

"SPOTKAĆ JAREDA LETO"


Jaka jest twoja przeszłość?
Urodziłem się w samym środku głębokiego południa Ameryki, w pół łagodnych ramionach Luizjany, gdzie wychowywała mnie samotna matka i jej nastoletnie koleżanki. Gdy byliśmy mali, mój brat, ja i mama, byliśmy w mało obiecującym otoczeniu, dlatego rozpoczęliśmy podróż, która dała nam tuziny różnych miast, miasteczek i stanów. Przypuszczam, że kontynuuję tą przygodę teraz, i czuję się trochę jak w domu, to moje wędrowne istnienie.

Dlaczego zaangażowałeś się w kino?
Kocham połączenie wielu różnych rodzajów sztuki i doświadczenia, którym jest film sam w sobie. Kino kontynuuje wielką naukę i inspiruje mnie, zawsze zaskakuje. To jest surrealistyczne i bardzo ambitne miejsce, które naprawdę doceniam.

Twoja pierwsza wielka rola była dla filmu „Requiem dla snu”, gdzie schudłeś 28 funtów, a dla „Rozdziału 27” przytyłeś 70 funtów. Czy jest dla ciebie ważne być fizycznie bardzo podobnym do swojego bohatera? Gdzie jest granica?
To zależy od roli. Nie jestem za tym, by robić wszystko co potrzebne, nie sprzeciwiam się również robieniu cokolwiek jest potrzebne, w jakiś sposób niezbędne, aby stać się częścią czegoś. To skutkuje tym, że jestem artystą. Spędzałem dużo czasu po ciemnej stronie… może niedługo zagram klauna albo mima… ale czy klauni i mimowie nie mogą być też smutni? Może hiena… one zawsze się śmieją.

Masz jeszcze jakieś inne projekty z Warrenem Aronowskim?
Bardzo chciałbym. On jest moim przyjacielem i zawsze będzie ważną częścią mojego życia.

W „Requiem dla snu” twoją matką była Ellen Burstyn. Jak to jest grać z mistrzem?
Była znakomita, perfekcyjna i żałuję, że nie mogłem spędzić z nią więcej czasu. Ona jest wspaniałą aktorką.

Możesz powiedzieć nam coś więcej o „Rozdziale 27”? To był twój pomysł na produkcję tego filmu?
Byłem bardzo przejęty przyjęciem tego projektu ale ostatecznie pomyślałem, że należy stanąć twarzą w twarz wobec ludzkości. Myślę, że to jest ważne dla artystów, by nie uciekać od rzeczy, które są niewygodne, albo politycznie niepoprawne. To było wyzwaniem, jakie życie postawiło przede mną. To trudny, wręcz katastrofalny film, ale wiele się na nim nauczyłem.

Czy J.P Schaefer, jest reżyserem „Rozdziału 27”, który podszedł do ciebie, czy to był twój pomysł na młodego reżysera?
To była całkowicie jego wizja. Napisał scenariusz, za którym kryła się twórcza siła. Miał bardzo określony kierunek, wiedział w którą stronę chce iść i chciał robić prawie anty-kino. Dla mnie to była rzadka chwila by sprawdzić się fizycznie i emocjonalnie.

Czy przeczytałeś „Buszującego w zbożu” J.D. Salingera? I co myślisz o tej powieści, jest dużo odniesienia do tej książki w historii Marka Davida Chapmana?
Tak, przeczytałem „Buszującego”, oczywiście. To była nasza biblia w produkcji tego filmu i dla mnie osobiście jest również ważną książką. To piękna praca, która pozostawia niezatarte wrażenie gdy ją czytasz.

Dlaczego dla ciebie Chapman tak postąpił, dlaczego zabił Lennona?
Ponieważ on był mentalnie chory, zobowiązał się do tego czynu z obecności swojego niebywałego obłędu. Niestety doprowadził swoje zamierzenie do końca, z obsesyjną precyzją osiągnął najgorsze ze wszystkich możliwości.

Co myślisz o swobodzie armi w USA, jak podkreśla to „Pan Życia i Śmierci”, twój film z Andrew Niccol? Czy to jest realny problem dla tego kraju?
Cóż wszyscy mają swoje problemy. To zależy od czasu. Na pewno jest wiele kwestii, które potrzebują opracowania, ale faktycznie, wierzę w jakąś większą kwestię, nie tylko broń ale również potrzebę by pragnąć i wykorzystywać. Parę ludzkich kultur stawia pytania ze złożonymi już odpowiedziami. Mam nadzieję, że przyszłość przybliży nas niż rozdzieli.

Jakie było twoje spotkanie z Oliverem Stone’em dla „Alexandra”?
Unikatowe i ekscytującej. Zawsze kochałem jego pracę i podjąłem to wyzwanie dla ciężkiej pracy z nim. On jest „jednym z tych” indywidualistów. Prawdziwym artystą. I wariatem.

Wiele z twoich ról jest rolami psychopatów, jak wracasz do normalnego życia po każdym filmie?
Kto powiedział, że wracam?! Haaaa

Jak to jest robić film w odniesieniu do niezależnego przemysłu filmowego?
To co ja robię, to fundament mojego twórczego doświadczenia. Bez niezależnego świata nie miałbym takiego życia. Jestem bardzo wdzięczny i dumny, że mogę pracować w tym przemyśle, w tym krajobrazie.

Twoje odniesienia do kina?
Lata 70. i 80. najbardziej. Wszystko od Hal Ashby do Peter Weir, do Scorsese, do Bertolucci. Sztuka performance. Wideo sztuka. Ktoś taki jak Bill Viola, Matthew Barney, i dużo wizualistów, takich jak malarz Larry Slezak.

Twoje odniesienia aktorów?
Clark Gable, Jimmy Stewart, Daniel Day Lewis, Christopher Walken, Sean Penn, Meryl Strzep, Flint Eastwood, Warren Beatty, Paul Newman, John Malkovich, Pacino, Deniro, Robert Redford, Lauren Bacall, Montgomery Clift, Brando, Nicholson, Deep itd itd.

Jaki jest twój najlepszy moment kariery?
Prawdopodobnie „Requiem dla snu” i mój czas z Davidem Fincher’em, ale praca z Jaco Van Dormelem w „Mr Nodody” była najbardziej unikatowym i wspaniałym doświadczeniem, w jakim kiedykolwiek wziąłem udział. Nauczyłem się bardzo dużo, a Jaco jest „najlepszy”.

Najlepszy partner w filmie?
Nicholas Cage, Jennifer Connelly, Sarah Polley, Diane Kruger, Linh Dan-Phan.

A co z muzyczną inspiracją?
Głównie wizualna sztuka i książki. Dużo muzyki klasycznej i muzyka z mojego dzieciństwa. Wszystko począwszy od Led Zeppelin do Pink Floyd.

Dlaczego zaangażowałeś się w muzykę?
Ponieważ nie mogę przestać jej tworzyć. To część mojego życia odkąd sięgam pamięcią. To jedna stała twórcza siła, która należy do większej części mojego istnienia. Muzyka jest swobodą poszukiwań twórczych, to miejsce w którym spełniają się sny. Przynajmniej tak powinno być. Muzyka dostarcza nam wymówkę, by zwiedzać świat i spędzać fenomenalny czas. Alleluja!

Gdzie dzisiaj mieszkasz? Jakie jest życie w Los Angeles?
Przez większość czasu mieszkam w tour busie a resztę w hotelach. Miałem dom, ale zdecydowałem się go sprzedać, oddać większość z moich rzeczy i zacząć od początku, od podstaw. To była bardzo wyzwalająca rzecz, pomimo, że musiałem opuścić swojego ulubionego żółwia Francois’a. Los Angeles jest piękną katastrofą. Kocham to miasto z wielu powodów. Architektura jest jedyna w swoim rodzaju, która robi wrażenie, topografia jest piękna. To wspaniałe miejsce do zobaczenia, ma potencjał.

Masz jakieś projekty w Europie lub Azji? Chciałbyś być zaangażowany w filmy z tamtych krajów?
Tak, zdecydowanie. Film, który będziemy teraz kręcić to „Mr Nobody”, to europejska produkcja. Nakręciliśmy też 14 minutowy krótki film dla jednej z piosenek „From Yesterday” w Chinach mniej niż rok temu. Chciałbym powrócić ponownie do obu tych miejsc…

Dzisiaj jesteś młodym producentem, sławnym aktorem, liderem zespołu? Czego ci jeszcze życzyć? Jaki jest następny krok w twojej karierze?
Konduktor pociągu w Andach albo samotnik na Alasce. Może astronauta albo grotołaz.

Jak zarządzasz swoją karierą?
Przez bardzo głębokie oddychanie kilkakrotnie i spanie w wygodnym łóżku. Jeśli nie pracuję, to pytam o rady profesjonalistów, wtedy rzucam kostką!

Wiele aktorów, aktorek i prezenterów bierze udział w działaniach charytatywnych na rzecz ludzi, albo ochrony środowiska, też się do nich zaliczasz? Co chciałbyś chronić, do czego należeć?
Nasz nowy klip do piosenki „A Beautiful Lie” ma przesłanie. Możecie odwiedzić http://abeautifullie.org/ żeby dowiedzieć się więcej informacji. Mam do tego szkolne podejście, mówiące że im więcej zrobimy, a mniej mówimy jest lepsze…

Co moda oznacza dla ciebie?
Dla mnie, moda jest artystycznym projektem i funkcjonalnością określonych czasów albo twórczego wyrażania twojego osobistego indywidualizmu. Tak czy owak, gdy daje to radość, nie jest nigdy czymś złym.

Jakie masz zdanie o brukowcach?
To zależy od historii i inwencji. Potrafią być zabawne, zabawniejsze, ale również okropne. To część umowy, do której się zobowiązujemy, niestety.

Twój ulubiony kolor?
Zachód słońca w Maroko.

Ulubiony zapach?
Kominek. 




***Interview conduced by Evane Haziza
***wywiad dla CRASH MAGAZINE 2007
***tłumaczenie: mary

piątek, 23 września 2011

Wywiad 2006: Życie na Marsie

Zawstydzony ze swojego wyglądu, Jared Leto unika całej uwagi. Proszę, odwróć wzrok.

Życie na Marsie

Używa Jacka Danielsa jako płyn do płukania ust. Jest gwiazdą dużych filmów, ale uważa, że jego zespół jest tak samo ważny jak gra aktorska. Co jest złego z Jaredem Leto?


Jared Leto spędza swój dzień w słońcu. Bezchmurne wrześniowe popołudnie, za kulisami KROQ – sponsorowanego przez Inland Invasion festival w San Bernardino, Kalifornia, wyleguje się na kanapie faux-chenille. Jego zespół, 30 Seconds To Mars właśnie skończył grać całogodzinny koncert dla kilkutysięcznej publiczności, dzieląc rachunek z Axl Rose – „Znaczy mam na myśli, mojego pieprzonego boga, Guns N’Roses! – Jared wykrzykuje.

Na stoliku obok niego jest talerz meksykańskiego jedzenia i plastikowe pudełko pełne makepowych pomocy. Obecnie Jared ma słabość do trochę gotyckiego wygladu: ciężka kredka i ciemny cień otaczający jego sławne błękitne oczy. Jared ma 34 lata, jest niezwykle pobudzony przed festiwalem: „Kiedyś zapytałem mojego brata ‘Czy będziemy mieli kiedyś piosenkę, której słowa będą znali wszyscy, tak jak U2? Teraz mamy to z „The Kill”. Ludzie śpiewają!” Jared wierzy, że może to być ostatni moment z jego muzycznej kariery: „Cmentarz jest zasłany ciałami zawiedzionych dylematów, którzy chodzili przed nami. Nie wiem, czy to zabrzmi arogancko, ale myślę, że to prawda. Nie ważne czy lubisz 30 Seconds To Mars, czy też nie, nie możesz zaprzeczać prawdzie, w którą ludzie chcą wierzyć”.

Dziesięć lat temu, Jared Leto zainspirowany debiutem aktorskim jako Jordan Catalano – gorący, licealny analfabeta w „Moje tak zwane życie”. Kultowym serialu telewizyjnym, przez który hollywoodzka kariera mogła być również wstępem do jego muzycznych skłonności. Catalano również miał swój zespół, Frozen Embryos. Ale w realnym świecie rockowe dążenia Jareda Leto były traktowane jako puenta: wyśmiany przez krytyków jako „ogólna bzdura” i „wyglądający jakby spędził cały swój czas zamknięty na klucz, odcięty od świata, śmiejąc się z Evanescence i pisząc gniewną poezję”.

Później KROQ zostało wyśmiane na blogu Stereogum jak „Jared przeklina w śmiesznym stroju”.

Nawet blogosfera przyznaje (niechętnie), że Jared pracował bardzo ciężko, by odróżniano jego zespół od żałosnej kawalkady hollywoodzkich gwiazd ‘mały cios w kamieniu Dog Star – Keanu Reeves’, Russell Crowe’s 30 Odd Foot of Grunts lub Kevin Costner i jego band.
Pierwszy album „30 Seconds To Mars” został wydany w 2002 roku, pozornie zrezygnowano z używania jego nazwy. Gdy temu albumowi nie pozwolono się zbytnio wybić, Jared spędził trzy lata nad pisaniem następnego: „A Beautiful Lie”. Kiedy został ukończony, wyeksportował wszystkich członków jego zespołu, aby mogli grać z dala od kamer. Liczyło się również przetrwanie reżimu Virgin Records do Chairman/CEO Jason Flom, położył go na priorytetowej stercie. Odkąd album został wydany, czyli od sierpnia 2005, 30 Seconds To Mars byli prawie ciągle torturowani, pojawiając się na rocznej Warped Tour i Lollapalooza.

Ostatniego sierpnia zespół wydał agresywny Emo singiel „The Kill”, znalazł się on na trzecim miejscu listy Billboard  Modern Rock, a wideo do piosenki, nawiązuje do „Lśnienia”. Jared samodzielnie wyreżyserował teledysk pod pseudonimem Bartholomew Cubbins, wygrał MTV2 i nagrodę VMA 2006. „Nie jestem idiotą”, mówi ostrym głosem. „Wiedziałem, że zamierzam uderzyć i zrobiłem to. Ale bycie samotnym na zewnątrz, to wyjątek od reguły, który jest honorem”.

Następnego ranka, Jared wrócił do domu w Los Angeles, zwinął się jak kot na swojej kanapie. Ubrany jest cały na czarno. Make up zniknął, czyniąc go bardziej przystojniejszym – w pewnym sensie to jego znak rozpoznawczy. W prawie każdym filmie, w którym grał, był chory, doznał jakiś poważnych uszkodzeń ciała, albo umarł. Kiedy przygotowuje się do roli, poddaje swoje ciało piekielnym torturom – tak głodził się do „Requiem dla snu”, że na planie groziły mu omdlenia. Dlatego, jak twierdzi nie gra w wielu filmach. „Jestem pewnym rodzajem masochisty. Zabijam się dla mojego ego – dosłownie”.

Poza kamerą Jared nie ma dobrej reputacji. Nie tylko wśród internautów, którzy nie cierpią jego zespołu, ale jest jeszcze długa lista dziewczyn, które myślą, że on jest miły. Wspominają jego imię w różnych historiach, i to wcale nie jest rzadkie, usłyszeć o przyjaciółce przyjaciółki, która była ofiarą tego Lothario. „Naprawdę? Mam złą reputację?” pyta z dziwnym uśmieszkiem. Co więcej, jest znany ze swoich magicznych mocy i rzucania uroku na niewinne dziewczęta, szczególnie blondynki: Cameron, Scarlett, a ostatnio Lindsay.

„To tylko dziewczyna z którą pracuję”, mówi o Lohan, chociaż paparazzi zrobili parę zdjęć podczas kręcenia filmu „Rozdział 27”, w którym to Jared zagrał rolę zabójcy Johna Lennona, Marka Davida Chapmana i one sugerowały coś innego. Przynajmniej nie zaprzecza, że romansował z Diaz czy Johansson. „Pewnego razu widzisz zdjęcia dwójki ludzi razem, są ze sobą przez miesiące, wychodzą ze sklepu warzywnego, albo kupują prezerwatywy. Możesz więc wywnioskować…” – śmieje się.

Jared zrobił wyjątek dla Blendera i mogliśmy wejść do jego domu. Zawsze stara się być czujny, by nie naruszać swojej prywatności, dlatego nie wchodzimy zbytnio w szczegóły tego miejsca. W każdym razie nie ma za dużo o czym mówić. Do niedawna żył na 1200 metrach kwadratowych w Hollywood i jego niczym nieskażona inwestycja, którą dzieli z bratem, Shannonem i psem Judaszem stała nieruchomo. Życie na walizkach niesie za sobą wieczne nie rozpakowanie. Poza jakimiś współczesnymi meblami w pokoju dziennym i paroma dziełami sztuki, nic więcej się tam nie znajduje. Oprawiona złota płyta „A Beautiful Lie” stoi samotnie oparta o ścianę.

Leto wymija pytania, gdy schodzą one na sprawy prywatne. Jeśli jakieś zostanie dogłębnie zanalizowane i zaczyna być „nie związane z tematem”, zajmuje się nic nie znaczącą igraszką słowną (Blender: Jesteś religijny? Jared: Jestem pobożny;
B: Czy twój make up to przypadek?
J: A jest twój?) albo zaczyna grzebać w swoim BlackBerry. Często łagodzi powagę wywiadu skromnymi dowcipami. Nie chce by ludzie wtrącali się w jego prywatne życie. Wybrał taką pracę i teraz musi wymijać tematy związane z życiem osobistym:
B: Nie pijesz przez swoją burzliwą przeszłość, związaną z narkotykami i alkoholem?
L: W kuchni jest butelka Jacka Danielsa.
B: Więc pijesz?
L: Używam go do płukania ust.
B: Jesteś trzeźwy?
L: (wrzeszczy w barytonie) T-R-Z-E-Ź-W-O-Ś-Ć! - śmieje się. Mam dużo godzin pracy w dniu. Ważne jest dla mnie, by dobrze wybierać.
Temat jego dzieciństwa oddzielają popełnione przestępstwa. „Nie myślę, że to nie jest istotne”, warczy.
Oto czego się dowiedzieliśmy: Jared i Shannon, który gra na perkusji w 30 Seconds To Mars, mieli wędrowne dzieciństwo, z Luizjany do komuny w Kolorado, do Brazylii, na Alaskę. Ich matka artystka, Constance, zabierała ich na koncerty rockowe i różne inne występy. Tata był w ich życiu nieobecny, mieli „spożywczy znaczek biedy”, mówi Jared. Pracował jako chłopak od wykładania towarów w sklepie, przebywał też w więzieniu – albo zasugerował, że coś takiego miało miejsce w przeszłości. „Nie dorastaliśmy z G.I. Jones lub TV”, mówi Shannon. „Walenie w gary i granie na gitarze, to należało do mamy i jej hipisowskich przyjaciół. Dorastaliśmy z myślą, ‘Jesteśmy artystami’”.

Jared przybył do Hollywood, kiedy miał 20 lat i podczas kręcenia „Moje tak zwane życie” i późniejszych filmów, kontynuował z Shannonem granie muzyki. Kiedy został założony zespół, Jared żonglował pomiędzy dwoma karierami. „Nie jestem aktorem chcącym być muzykiem. Nie jestem muzykiem, chcącym być aktorem. Zdarza mi się robić te dwie rzeczy i jeszcze więcej”. Jared mówi, że żadne z jego powołania nie ma pierwszeństwa. Nawet pomimo tego iż odmówił rolę pierwszoplanową u Clinta Eastwooda „Sztandar chwały”, by podążyć w trasę ze swoim zespołem. „Wybieram swoje filmy dość ostrożnie, to jest często ciemna podróż, która pochłania bardzo wiele czasu”, wyjaśnia.

Na śniadanie dzisiaj Jared je miskę cynamonowych płatków, z mlekiem sojowym. To nieduży posiłek dla kogoś, kto próbuje przybrać na wadze. „Pozwól, że ci pokaże zdjęcie!”, biegnie szybko po swoje wiecznie gotowe BlackBerry. „To jest pieprzona transakcja. Tego nie ma nawet w filmie. Mogę pokazać ci gówno, które rozwali ściany Jerycho!”, na maleńkim ekranie pojawia się kilka eleganckich czarno-białych zdjęć robionych głównie przez jego bluberry. „To było faktycznie bardzo bolesne. To co jadłem i w jaki sposób to robiłem było groteską. Wyobraź sobie, że pomimo tego, że czujesz się ogromnie wypchany i tak musisz wmusić w siebie posiłek. Wymiotowałem. Trzech lekarzy mówiło mi „przerwij to, co robisz, natychmiast”.

Dla Jareda to było czymś porównywalnym do samobójstwa. Podczas zdjęć jego cholesterol podskoczył do 360 – średnia zdrowia dla człowieka w jego wieku to 200 – nabawił się podagry. Ostatecznie, ból był tak silny, że musiał trzymać wózek inwalidzki obok siebie na planie. „To doświadczenie z pewnością zabrało parę lat z mojego życia”.

Miesiąc po skończeniu kręcenia „Rozdziału 27”, Jared wrócił do swoich dawnych proporcji, ale jego stopy wciąż leczą się z podagry, więc musi nosić specjalne buty, kiedy tylko może. Mówi, że nawet nie mógł myśleć o muzyce, podczas pracy nad filmem. „Każdy, kto mówi, że angażuje się bardziej niż powinienem, powinien spojrzeć wstecz do czterech miesięcy, gdy ważyłem 65 funtów więcej. Ale osiem dni po zakończeniu nagrań byłem w już w trasie. Mogę skupić się na tym, co potrzebuję, w innym wypadku prawdopodobnie straciłbym głowę”.

Czy chciałby przestać działać na rzecz zespołu? „Nie patrzę na to, że jedno pochłania drugie”, odkłada zbożową miskę. „To jest pasjonujący czas. To co, co nie zostało wykonane nigdy wcześniej – dla kogoś kto jest znany w innym twórczym świecie to sukces, działanie zupełnie legalne, oddanie, namiętność dla 30 Seconds To Mars. Niemożliwe staje się możliwe”.





***wywiad dla "Blender" 2006
***tłumaczenie: mary

Wywiad 2006: Z Hollywood na Marsa

Z HOLLYWOOD NA MARSA
30 SECONDS TO MARS NA CAŁY REGULATOR


     Jest zimne, szare, deszczowe popołudnie w podmiejskim Mapiewood, Minnesota, gdzie zatrzymali się właśnie, tylko na kilka godzin, 30 Seconds To Mars. Idziemy ich powitać. Dla nas to prawdziwe Welcome To The Universe.
Miejscówka jest usytuowana w dziwnym miejscu, z dala od drogi publicznej, to kompleks handlowy i skupisko restauracji. Mimo tego dość duży parking zaczyna się zapełniać.
     Tak, lider zespołu 30 Seconds To Mars jest również aktorem z wieloma sukcesami. I tak, Jared Leto, lepiej znany jest ze swoich ról w „American Psycho”, „Requiem dla snu”, „Podziemnym kręgu” i w końcu, zapomnianym już „Moje tak zwane życie”, niż z zespołu rockowego. Ale płyta szybko pokryła się platyną, obiegła wiele krajów, wydane zostały z niej trzy single i teledyski. Zespół musiał przeboleć fakt, że ma sławnego lidera.

     Jeśli czytasz ten artykuł w nadziei, że dostarczy on szczegółów życia intymnego Jareda Leto, przejrzyj Us Weekly. Jeśli jednak interesuje cię historia niezwykłego zespołu, który polega na jakości swojej muzyki, a nie na hollywoodzkim połączeniu w drodze do sukcesu, czytaj dalej.


     Urodzony w Luizjanie, Jared i jego brat Shannon byli wychowywani przez samotną matkę (w dziesięciu różnych miastach), w środowisku w którym zachęcano do twórczego wyrażania sztuki. „Sztuka była zawsze blisko, więc to było naturalne następstwo rzeczy”, mówi Shannon o podejściu do muzyki we wczesnym wieku. „Podnosiliśmy instrumenty i zaczynaliśmy grać, aby miało to sens”.
     Z Jaredem na gitarze i jego wokalem, oraz z Shannonem na perkusji, 30 Seconds To Mars podpisało kontrakt z Virgin/Immortal w 1998. Chociaż ich debiutancka płyta (wydana w 2002) była trochę więcej niż pulsującym punktem w przemyśle muzycznym, zaczęli budować prawdziwą bazę fanów, rozpoczynając trasę koncertową.
     Do zespołu w niedługim czasie dołączyli basista, Matt Wachter i gitarzysta Tomo Milicevic. Urodzony w Sarajewie i dorastający w Detroit, Tomo żył marzeniami – przed dołączeniem do zespołu i staniem się jednym z członków 30 Seconds To Mars, był ich wielkim fanem. „Czy to nie trochę szalone? Słuchasz tej muzyki, podziwiasz, a następnie pewnego dnia, stajesz na scenie i grasz”, mówi.
     Pierwszy wspólny wysiłek czwórki członków zespołu, to „A Beautiful Lie”, wydane w sierpniu 2005. Formalnie rzecz biorąc, to nie jest nowy album, ale jak zauważył Tomo „Dla większości ludzi jest. Pierwszego roku, kiedy album był w obiegu sprzedaliśmy zaledwie 100 000 płyt”. Od tego czasu liczba sprzedanych płyt wzrosła do 1 miliona. „Dla tych ludzi [900 000] to nowiutki zapis”.
     Oprócz pisania wszystkich tekstów, grania na gitarze, śpiewania każdej piosenki, Jared również wyreżyserował klip do „The Kill” i „From  Yesterday” (drugi i trzeci singiel), oba pod pseudonimem Bartholomew Cubbins. „To jest sposób na trochę zabawy i bycie twórczym. Naprawdę chciałem żeby ludzie polubili i mogli doświadczać to wideo, bez posiadania z góry wyrobionych sądów. Nie ważne było dla mnie, by rościć sobie do nich prawo. Miło jest być rozpoznawanym, ale z właściwych powodów”, Jared mówi o decyzji nakręcenia „The Kill” pod alter ego. Ten klip sprowadził nagrodę VMA, FUSE i MTV2.
     Popularność 30 Seconds To Mars wzrastała wraz ze sprzedażą płyt. Zespół również musiał  się zmierzyć z ciężarami przeszłości, jakie postawili przed nimi muzycy-aktorzy, Russell Crowe, Keanu Reeves i Kevin Bacon. „Mieliśmy bardzo dużo wycelowanych w nas palców środkowych, przez wiele lat i przykładów podobnych zespołów przed nami”, mówi Shannon, bez podawania nazw. „Ale również wiedzieliśmy, że możemy tworzyć muzykę, i wiedzieliśmy, że chcemy koncertować, koncertować, koncertować, i wiedzieliśmy, że musimy udowodnić coś ludziom, udowodnić choćby nie wiem co. I zrobiliśmy to, udało się. Kochamy to, co robimy. Jesteśmy pierwszą kapelą, która naprawdę stawia czoła wyzwaniom i je pokonuje, stajemy się zespołem znanym ze swojej muzyki i to jest cudowne”.
     Choć fani wypytują Jareda o jego życie, jest to temat tabu. Ciągle jego sukces w aktorstwie, przejawia tendencję do przesłonięcia faktu, że 30 Seconds To Mars powiodło się nie dlatego, że Jared jest utalentowanym aktorem, ale ponieważ wszyscy z jego członków są utalentowanymi muzykami. I chociaż mogli mieć łatwy rozgłos przyniesiony przez sławę Jareda, zespoł nie chce tego rodzaju uwagi, nie chcą używać jego imienia dla promocji.
     30 Seconds To Mars wybrali napięte grafiki, życie w trasie w ciasnym autobusie, i zarabianie 20$ na dzień, aby zdobywać swój własny status. „Dużo ludzi może myśleć, że odnieśliśmy sukces, bo o nas słyszeli, ale tak nie jest. Jesteśmy w trasie od dłuższego czasu”, mówi Matt, który opisuje naturalną drogę zespołu do sukcesu. „Naprawdę fani są dla nas bardzo ważni, i w trakcie trasy nawiązujemy z nimi bezpośredni kontakt. To jest dużo lepsze od TV czy radio. Dlatego liczba naszych fanów rośnie, rośnie i rośnie, ludzie zaczynają dostrzegać w nas 30 Seconds To Mars”.
     Fani byli zawsze ważni, ale 30 Seconds To Mars jest czymś specjalnym – zgodnie z listami dyskusyjnymi on-line, niektórzy mają nawet tatuaże w hołdzie zespołowi. Ale oprócz wyniku ‘regularnych’ fanów, znani są oni bardziej jako coś ekskluzywnego, nazywanego ECHELON.
     Na pierwszy rzut oka, jest to typowy fan club, Echelon. Rozsławiający zespół tak jakby był ‘zespołem ulicznym’, rozpuszczając wiadomości o kapeli, proszeniu o ich piosenki w lokalnych stacjach radiowych, dedykacje, głosowaniu na 30 Seconds To Mars, gdy są nominowani do nagród. Z drugiej strony, Echelon nie jest tak bardzo fan clubem. Wiąże się z nim  coś więcej: używanie łacińskich zwrotów, symboliczność, białe stroje, tajemnicze rytuały (tak jak proces indukcji, który wymaga by przyszli członkowie zostali nominowani przez dwóch istniejących członków), to prawie sekciarskie oddanie dla 30 Seconds To Mars. Ale uczucie jest wzajemne i zespół również oddany jest Echelonowi. Członkowie zespołu pierwsi dowiadują się o newsach lub jakichkolwiek ogłoszeniach obejmujących 30 Seconds To Mars, nawet porozumiewają się z nimi bezpośrednio, za pomocą e-mail. Publicznym przejawem sympatii było wydanie deluxe „A Beautiful Lie” (wydana w grudniu), zawierającą szatę graficzną zaprojektowaną jako specjalne wyrazy uznania dla Echelonu. Jared opisuje ich jako „najbardziej namiętni wierzący”.
     Kiedy wychodzą do fanów, możliwe że Matt podsumuje to najlepiej. „Oni są tylko prawdą i prawdą, całkowicie i całkowicie. Byli tutaj od początku i będą do samego końca”. Ale rozmawiając z Shannonem, Tomo, Mattem i Jaredem w ich zaparkowanym autobusie jest oczywiste, że na koniec póki co się nie zapowiada. Pną się w górę przez sześć tygodni, wrócili z Chin, gdzie kręcili zdjęcia do klipu „From Yesterday”, w pałacu na obrzeżach Szanghaju. „Mieliśmy 500 dodatków, ogromne szafy strojów, 40 ludzi konno… to fenomenalny klip i projekt. Nie mam pewności czy to się naprawdę działo!” mówi Jared. Później wylatują do Los Angeles żeby grać na Bamboozled Festival oraz na rozdanie nagród FUSE, przed zawitaniem do Minnesoty, wszystko w ciągu czterech dni.
     „To jest takie dzikie, wprost niewiarygodne, świetna okazja i bez jakichkolwiek wyjaśnień – i dzięki Bogu za to co robimy!” mówi Jared, bardziej zachwycony niż wyczerpany. „Słyszysz to ‘coś’ gdy jesteś młody: lepiej kochać to, co się robi, zwłaszcza, gdy nazywasz to swoją pracą, ponieważ to jest twoje życie. To wszystko powoduje, że nabieramy doświadczenia i inspiracji, to jest coś dla nas”.
      Rezultatem jest wydanie albumu, lepszego bądź gorszego. „Jared pisze piosenki prosto z głębi duszy – ona jest prawdziwą inspiracją. Wszyscy stajemy się tego częścią. Jesteśmy prawdziwym zespołem, pod każdym względem zaangażowani”, mówi Tomo. "Jeśli brzmimy intensywnie, to dlatego, że tak jest; jeśli Jared brzmi intensywnie, to dlatego, że taki jest. Gdyby było 30 godzin w ciągu dnia, Jared prawdopodobnie znalazłby czas dla 40 godzin pracy. On nie jest typem gościa od telefonu, on nie poświęca ‘dobrze’ dla ‘wystarczająco dobrze’. Jego opisuje się używając dużych słów, wręcz wykrzykników i tak jak pozostali członkowie zespołu nie pije i nie ćpa. Jeśli nie masz nic z nami wspólnego, możesz osądzać nas nie przez pryzmat muzyki, ale przez kredkę do oczu. Nie wiem, czy wtedy uda ci się zrozumieć całe zamieszanie wokół nas". „Albo coś masz albo nie”, mówi Matt. „Muzyka przemawia w imieniu własnego ‘ja’… Przyjdź na koncert – myślę, że mówi wtedy nawet głośniej”.
     Tak jest… energia w pomieszczeniu nie mniej odurza niż napełnione szkocką szkło w mojej ręce – i oba będą mi przypominać o świetnym widowisku, nawet gdy się ono zakończy. Ponieważ światła gasną, symbolizuje to rozpoczęcie występu. Wyciągnięty z domów tłum teraz stoi mocno razem, zjednoczony niecierpliwym oczekiwaniem. Spokój szybko przeradza się w głośne okrzyki, i wkrótce potem krótkie ale spektakularne wystąpienie Street Drum Corps, żeby wprowadzić na scenę 30 Seconds To Mars.
     Doskonałe brzmienie i mocny głos Jareda docierają do najmniejszej szczeliny pomieszczenia. Leto paraduje po scenie, dostarczając każde swoje przesłanie z furią i intensywnością, czym wyraża swój prawdziwy charakter. Jest ubrany cały na czarno. Trzyma w rękach białą elektryczną gitarę z pasem o iście krwistym czerwonym kolorze (takim samym, jak końcówki jego czarnych włosów). Posadzony za sterami perkusji, Shannon zabija swoje bębny. Jego ramiona unoszą się i opadają z taką prędkością i precyzją, że można zastanawiać się, czy jest on człowiekiem. W skrzydłach Tomo i Matt. Wymiatają gitarowymi riffami, basowym brzmieniem, napinając struny i mięśnie w odpowiedni sposób do każdej piosenki.
     Jared zaspokaja myśli swoich fanów, podejmując piosenki na życzenie („Co chcielibyście usłyszeć? Zagram co tylko chcecie”) i tłum wykorzystuje nie jedną taką okazję. I kiedy myślisz, że to koniec, Jared informuje, „Dopiero co zaczęliśmy!”. Grupa gra jeszcze przez jakieś kolejne 30 minut – ale wcześniej Jared solo przeprowadza akustyczną interpretację Nine Inch Nails „Closer”.  Jared jest odpowiednią osobą na właściwym stanowisku. To urodzony piosenkarz. Na scenie jest prawdziwy, nie gra.
     Jak po każdym występie 30 Seconds To Mars, tłumy fanów czekają w kolejce po zgarnięcie autografu i spotkania ich osobiście, twarzą w twarz. I choć jutro obudzą się w nowym mieście, dziś wieczorem 30 Seconds To Mars zostaną z fanami do końca, mają swój moment.


By Justine Goodman
Photography by: Roger Erickson
Styling by: Darius Baptist
Hair & make-up by: Stephanie Brynstad
***tłumacznie: mary




YRB THE ROCK ISSUE 2006

Szukaj na tym blogu